Roża Wiatrów 2012

Tym razem przed wyjściem z domu robię listę i skrupulatnie "odhaczam" potrzebne rzeczy więc na starcie mam wszystko oprócz rękawiczek niestety, za którymi zatęsknię w trakcie.

Na starcie witam się z p.Andrzejem z rodzinnego Gryfina, który jeszcze przed startem zgubił mapę ;-) i znajomymi z Trailteam z Poznania.

Pierwszy punkt to radosne byle dalej od miasta i byle szybciej do lasu w tempie 4:30 na km ;-). Tak szybko bo raz, że wiatr silny i zimny od razu dał się we znaki, dwa że trzeba korzystać ze światła słonecznego ile się da a trzy, to że widzę Remika Nowaka, który na pewno wie gdzie biegnie ;-)

W taki sposób wpadam na pierwszy punkt na zboczu Dziewiczej Góry. Tu wystarczył moment kiedy podbijałem kartę i walczyłem z ustnikiem od wody, który postanowił odłączyć się od reszty systemu i mój drogocenny izotonik zaczął wesoło wypływać bez żadnego umiaru. Rozglądam się dookoła a Remika nie ma, zniknął jak duch. A co tam, przecież i tak bym długo tak nie uciągnął. Poobiegnę sobie sam.

No może jeszcze nie teraz bo jakiś zawodnik biegnie razem ze mną w kierunku następnego punktu. Nie możemy go znaleźć bo jesteśmy za daleko. Pojawiają się następni zawodnicy. Organizator przed startem wyjaśniał że ten punkt jest prawidłowo oznaczony na niebiesko a nie na czerwono. Ciekawe co takiego w końcu podbiłem bo wydaje mi się, że bardziej miejsce tego drugiego, czerwonego, było właściwe.

Uderzam sam na wschód, na azymut. Fajny teren, dużo pagórków, wąwozów i takich tam. Wypadam niedaleko skrzyżownia z krzyżem. Dalej łatwo, wzdłuż granicy lasu, do bagienka. O tym, że jestem w dobrym miejscu utwierdza mnie widok Darka i Patryka. Tylko że oni już punkt zaliczyli - jakoś musieli mnie wyprzedzić, ciekawe jaką trasę wybrali.

Bięgnę dalej, do kolejnego punktu w lesie żeby jak najwięcej ich zrobić w jasności dnia. Wpadam nie w tą przecinkę co trzeba ale szybko się orientuję z powrotem i po chwili mam lampion znaleziony.

Było na wschód to teraz trzeba na zachód. Przekraczam oznaczony na mapie sporej długości rów czy coś takiego. Nawet był głęboki, ciekawe po co był kopany. Docieram do "czarnej" drogi i znajduję strumyk płynący w kierunku stawów. Jest nawet wzdłuż niego tak jakby ścieżka, która doprowadza mnie do kolejnego lampionu. Wyciągam kartę, i hmm, numer 6 mam już przybity tylko jak to możliwe. Taaa, kartę miałem zgiętą na pół jak przybijałem wcześniejsze punkty i zrobiła się przebitka.

Nic to, napieram dalej, w kierunku Potasze i Trzaskowa. Spod nóg ucieka mi zając, prawie go zdeptałem. Podmuchy wiatru na odkrytym terenie niemal zatrzymują, ciężko się biegnie. Dobrze chociaż, że pole nie zaorane, tabliczki widziałem, że grunt należy do firmy deweloperskiej - pewnie niedługo stanie tu jakieś osiedle domków...

Las wokół jeziora Bolechowskiego witam z ulgą. Punkt daje się łatwo znaleźć, cofam się trochę po starych śladach i kieruję na Okoniec. Zmierzcha. Dobiegam do szosy Rakownia - Kamińsko bardzo zdziwiony że to już, teren podmokły zaznaczony na mapie na północ od jeziora Kamińskiego przeszedłem suchą stopą, ani śladu tam jakiś bagien.

Czas na czołówkę, okulary, trzecią warstwę poliestru i kanapkę z masłem ;-). Jezioro Miejskie witam w ciemnościach. Gdzie ta płaska niecka? Nie mogę jej znaleźć, łażę i cofam się kółko. Dobiega do mnie Patryk, szukamy i szukamy i nic, tylko światełek przybywa. Dopiero po jakiś 15-20 minutach się udaje i tylko dlatego, że ktoś jest przy punkcie i go oświetla. Popłyneliśmy na nim, nie ma co ;-)

Od teraz poruszamy się razem. Czeka nas długi przelot w kierunku Karłowic. Za Pławnem wbijamy się w jakąś przecinkę i lecimy na azymut jak się da. A da się głównie wzdłuż płotów szkółek leśnych, których było tam od groma. Przecinamy Trakt Poznański i pokonujemy fajny bukowy las z minimalnym poszyciem. Patryk coś marudzi że go nogi bolą ;-) Częściej idziemy niż biegniemy.

Na polach przed Dębogórą duże stado saren, z 30-40 par świecąch się oczu patrzyło na nas z każdej strony. Na początku nie wiedziałem o co chodzi, myślałem że jakieś zwidy mam czy coś.

W Karłowicach dowiaduję się co oznacza fioletowy obszar ma mapie - teren przemysłowy, czyli w wydaniu wiejskim duży PGR, który trzeba obejść. Ze wzgórza za nim widać było już połyskującą taflę jeziora Kowalskiego, kierunek więc łatwo było znaleźć właściwy.

Łąka nad jeziorem była podmokła, buty zostały zamoczone. Ale opłacało się bo lampion świecił się już z daleka, wyszliśmy prosto na niego.

Na odcinku w kierunku Wierzonki było mi najbardziej zimno w ciągu całego rajdu. Nie daliśmy rady lecieć polem, schowaliśmy się w zarośnięty lasek. Dużo w nim był krzaczorów ale przynajmniej tak nie wiało. W Wierzonce kolejny PGR. Brama zamknięta ale po obu jej stronach płotu brak a więc czemu by nie przejść? Dobrze że żadnego psa tam nie było. Przeszliśmy przez jakieś podwórko, dalej przez betonowy płot hop i wypadliśmy na główne skrzyżowanie.

Chwila wytchnienia, Patryk wymienił baterie w sprzęcie, ja chciałem zjeść kanapkę ale już żadnej nie miałem i musiałem zadowolić się ostanimi figami (ale nie z makiem ;-)). Dwa warianty do wyboru, jeden przez odkryte pola, drugi przez las - raczej wiadomo co wybrać.

Przed Kobylnicą odbijamy w las i namierzamy się na ostatni punkt na zakolu dopływu Głównej. Wprawdzie strumień wysechł zupełnie ale polana jest tak jak powinna i lampion też.

No to wracamy do bazy. Najpierw wzdłuż Głównej do młynu w Mechowie. W pewnym momencie drogę zagrodził na strumień, już prawie chcieliśmy go forsować. Śmiesznie by to wyglądało bo zaraz obok była wygodna droga, która go przekraczała ;-)

Minęliśmy elektrociepłownię Karolin i wpadliśmy do Koziegłów. Trochę tam pokluczyliśmy (ach znowu te płoty) ale w końcu około 00:45 dotarliśmy do bazy. Po drodze jeszcze wyprzedziliśmy dwie uczestniczki trasy na 15km, chyba się gdzieś solidnie zgubiły skoro dopiero teraz wracały ;-)

W bazie głucho ciemno, nie pozostawało nic innego jak spakować manele do sakwy i popedałować godzinkę na drugą stronę Warty do domu ;-)

AttachmentSize
Image icon roza_wiatrow_2012.jpg1.47 MB